...czyli: eskapisty ekwilibrystyczna erudycja.
Kategorie: Wszystkie | inne | muzyka | polityka | sport
RSS
środa, 09 listopada 2011



Ktoś (np. ja) może powiedzieć, że to już było. Fakt, było, ale gdy emocje związane z ogłoszeniem pierwszego headlinera przyszłorocznego festiwalu nieco opadły, stwierdzam, że takich powrotów chcę! Po pierwsze - nie każdy "znał" Open'era w 2007 roku. Nie każdy mógł pojechać. Nie każdy znał Bjork?! Cóż, znajdą się i tacy.

Wszystkich jednak pragnę zapewnić, że koncert ten będzie niezwykły. Tak niezwyky, jak niezwykła jest Bjork. I w tym miejscu mógłbym zakończyć. To ten typ i format artysty, że niezależnie od tego jakiej muzyki na co dzień słuchamy, Bjork chociaż raz w życiu, po prostu warto zobaczyć. Dlaczego?

Bjork bez wątpienia jest muzycznym geniuszem. Od początku kariery wymykała się schematom, wyprzedzała swój czas i nakreślała (ciągle to robi!) nowe trendy w muzyce. Przede wszystkim jednak, jest obdarzona wyjątkowym głosem, a nergia bijąca ze sceny w każdej minucie jej show jest czymś, czego nie można doświadczyć wchodząc na youtube'a (sic!).



Nigdy nie zapomnę mojego rozdziawionego otworu gębowego na widok małej Islandki, grającej na reactable, niewidzianej nigdy wcześniej (ani nigdy później!) laserowej ferii świateł, czy bajkowych kostiumów, które zmieniane były z iście teatralną czestotliwością. No właśnie, Bjork to również świetna aktorka (nie wszyscy muszą być fanami von Triera), co oczywiście ochoczo udowadnia na scenie.

Nie jedną Bjork Open'er jednak żyje! Wracając zatem do przewidywań, większość była skierowana oczywiście w stronę RHCP, czy też reaktywowanych niedawno Stone Roses. Cóż, Ziółek po raz kolejny pokazał, że chodzi własnymi ścieżkami... miejmy zatem nadzieję, że ma dobrą mapę.



Karnety 4-dniowe, oraz bilety 1-dniowe w cenie tegorocznej.

UWAGA!

W 2012 roku Open'er potrwa od środy 4 lipca do soboty 7 lipca.

(Tym samym do sprzedaży trafią również karnety 2-dniowe w cenie 260 złotych, obejmujące piątek i sobotę).

Ja już rezerwuję urlop, a Wy? ;-)

Media na całym świecie "oszalały" na punkcie Anny Grodzkiej. Huffington Post, The Telegraph, czy nawet brazylijski Globo rozpisują się nad wyjątkowym faktem dostania się do parlamentu europejskiego kraju osoby transseksualnej. Wyjątkowy, bo to pierwszy taki przypadek w Europie, dopiero drugi na świecie. Wyjątkowy, bo w "konserwatywnej" Polsce.

Osobiście, z niewypowiedzianym zainteresowaniem, czekam na pierwsze wystąpienie pani poseł. Nie dlatego, że będzie czego posłuchać (lub nie). Nawet nie dlatego, że mam obawy co do zachowania powagi przez parlamentarzystów, którzy swoją wątpliwą klasę pokazali dziś, podczas wystąpienia pana Biedronia. Przyznam szczerze, że po prostu się boję.

Czego się boję? Zapytam więc: czy ktoś z czytających te wypociny zna osobiście jakiegoś transseksualistę? To, że się boję pani, która wygląda, mówi i chodzi jak pan to jedno. To, że boję się jej poglądów, to drugie. Nie, że ich nie szanuję, wręcz przeciwnie. Tak jak pani Grodzka, pan Biedroń, tak jak miliony ludzi na całym świecie, którzy są inni niezwykli na swój własny sposób mają prawo do aktywnego udziału w życiu społecznym, tak irytuje mnie głupota ignorancja ludzi, którzy zagłosowali na tego lub tego, by pokazać, że są "postępowi".

Trochę to smutne - w kraju, w którym ciągle dopłacamy do interesu, ważne są dla nas przede wszystkim igrzyska... boję się tych nadchodzących.

O igrzyskach (muzycznych) będzie w kolejnym wpisie.

PS Witajcie po krótkiej przerwie! ;-) 

czwartek, 12 lutego 2009

 

   "Coś pięknego, to będzie coś pięknego!" Cały, wypełniony zresztą wszędobylską Radością i pogodą ducha dzień chodzi za mną ta myśl. Myśl i dźwięki. Dźwięki, które powodują to, że sięgam pamięcią do czasów mojego dzieciństwa. Może dlatego, że wtedy w moim muzycznym życiu rządziły formacje pokroju Creed? Może dlatego, że wypełnione przestrzenią edge'owe gitary i parzystokopytne bębny żyją ze mną w symbiozie od zawsze? To dziwne, ale czuję i coś każe mi sądzić, że to będzie najlepszy koncert Openera A.D. 2009 (biorąc pod uwagę obecny line-up i to, że Radiogłowych nie będzie). Pod każdym względem. Dlaczego? Bo Oni już to potrafią.

   Wiedzą o tym oddane rzesze fanów, wiedzą o tym krytycy, wie o tym Roman Abramowicz, nie wiedzą o tym ich rodacy (tzn. nie chcą wiedzieć, ale to ich sprawa), ale najważniejsze, że wiedział o tym Mikołaj Z. A Wy wiecie? Nie? No to Wam powiem: Kings of Leon pierwszym headlinerem tegorocznego festiwalu Open'er w Gdyni! Dla tych co wstali lewą nogą: będą headlinerem = będą na zielonych plakatach, billboardach i we wszelkim spamie reklamowym dotyczącym tego, co w dniach 2-5 lipca 2009 będzie się działo w Gdyni.

   Kings of Leon, Kings of Leon... Swoją drogą, odważna nazwa zespołu. A co jakby im to, co im wyszło, nie wyszło? Dziecko neostrady napisałoby: żal.pl. Ja napiszę: dobrze, że wyszło! Ale do rzeczy... Królów jest czterech - panowie Followill to 3 braci i ich kuzyn (No tak, wszystko zostaje w rodzinie, a skoro już jesteśmy w nawiasie, to Leonów jest dwóch - ojciec i dziadek). Pochodzą z Ameryki, konkretnie z Nashville. Nashville znane jest jako music city. Nie mam więcej pytań. Nie mam więcej kanciatych (nie mówiąc o krągłych) myśli. Po prostu, Kings of Leon:

 

 

   EDIT:

   "Ziółek" dorzucił dzisiaj (kto by się spodziewał!?) kolejne 3 zespoły!

   Basement Jaxx - duetu djów z Londka Zdrój chyba nikomu nie muszę przedstawiać. A jeśli już, to znakomicie zrobi to za mnie link.

   Speed Caravan - duetu djów z Londka Zdrój chyba nikomu nie muszę przedstawiać. A jeśli już, to znakomicie zrobi to za mnie link.

   Natomiast jeśli chodzi o Crystal Castles... Zapowiada się coś, co tygryski lubią najbardziej - koncertowy OGIEŃ! Zresztą, zobaczcie sami:

 

 

18:55, gomulka.m , muzyka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 lutego 2009

  

 

   W ostatni czwartek Pan Ziółkowski Mikołaj zaserwował nam kolejną porcję muzycznej pożywki, z którą trzeba nam się będzie zmierzyć w pierwszych dniach lipca. Kolejnymi trzema zagranicznymi wykonawcami, którzy wystąpią na Heineken Open'er Festival 2009 będą (kolejność antyalfabetyczna): The Ting Tings, Duffy oraz Buraka Som Sistema. Jednym słowem - miazga! Mimo iż nie znałem niemal 2/3 tego składu. Co w nich takiego 'wow'?

   Tym razem zacznę od środka, czyli serca, czyli kobiety. Duffy to Jej nazwisko i pseudonim artystyczny. Jest 25-letnią Walijką, śpiewającą w języku angielskim (inaczej by nam uszy zwiędły - walijski jest okropny). Ma w dorobku kilka EP-ek, 1,5 płyty (druga ma wyjść w tym roku) i status młodej gwiazdy. Dość powiedzieć, że Jej debiutancki album "Rockferry" to 4. najlepiej sprzedająca się płyta 2008 roku. Mało? Cóż, jeżeli - Drogi Czytelniku - nie znasz tego poniżej, to nie ma dla Ciebie ratunku. Tak będzie!

 Duffy - Mercy (Rock Werchter 2008)

 

   That's not my name, that's not my name... i wszystko jasne. Angielski duet (tak, dobrze czytacie, duet) pana Martino i pani White jest znany chyba wszystkim imprezowiczom bez względu na szerokość geograficzną. Łatwo wpadające w ucho dźwięki z dance-punkowej "We Started Nothing" na pewno rozgrzeją open'erową publiczność... ale czy ją zachwycą? Po youtubowym rekonesansie... średnio to widzę. Nie dają rady - tyle. Co nie znaczy, że nie pójdę przekonać się na własnych bębenkach! Tymczasem wideło, oficjalne. So, I just shut up, and let U go to their show...

The Ting Tings - Shut Up and Let Me Go

 

   Na deser coś najmniej znanego, ba, coś w ogóle nie mainstreamowego... world music pełną gębą! Buraka Som Sistema to ani nie kuzyn Prezydenta USA, ani gwara polskich 'buraków'. To sound system wprost z Portugalii, grający kuduro - angolskie, brrrr, techno. Wzdrygnąłem się na myśl o napisaniu słowa techno, bo kojarzy mi się ono raczej z polskimi Manieczkami, aniżeli z dobrą muzyką, ale... W przypadku tych szaleńców z Lizbony jestem pewnien, że nasze twarde tyłki ('kuduro' z pr. znaczy hard ass/stiff bottom) będą miały problem w starciu z tą bezkompromisową muzyką. Ku mojej uciesze, którą zresztą potęguje potencjalny featuring live z M.I.A.! Oby, oby... A teraz dajcie się porwać!

Buraka Som Sistema - Kalemba (wegue wegue)

 

   Na koniec chciałbym przypomnieć, że tylko do niedzieli włącznie karnety za 280PLN!

16:33, gomulka.m , muzyka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 lutego 2009

 

   Z pewną dozą niedowierzania przeczytałem wczoraj o decyzji Prezydenta Miasta Tychy Andrzeja Dziuby o - nazywajmy rzeczy po imieniu - wyrzuceniu Festiwalu "Ku Przestrodze" z tyskich Paprocan. Decyzja, w moim rozumieniu nieodwołalna wiąże się rzekomo z budową kanalizacji - jeśli chodzi o ten rok, a docelowo z rewitalizacją Paprocan. Cóż, jak słusznie zauważył Pan Adam Antosiewicz - organizator festiwalu, czy takim dużym problemem byłoby zaplanowanie prac w ten sposób, by omijały one miesiące letnie - okres wzmożonej aktywności społeczno-kulturalnej na tych terenach? Nie dość, że uprzykrzy się w tym czasie życie wszystkim tym, którzy nie wyobrażają sobie spędzania czasu wolnego inaczej, jak tylko poprzez odwiedziny tyskiego jeziora, to jeszcze...

   Pomijam w swych rozważaniach wiele innych imprez zabranych tą decyzją prezydenta nam - uczestnikom, bo je bezproblemowo będzie można przeprowadzić w innym miejscu Tychów. No, może jeszcze Port Pieśni Pracy ucierpi w związku ze zmianą lokalizacji. Może zabrzmi to nieco patetycznie, ale dla mnie Festiwal im. Ryśka Riedla nie może istnieć bez Paprocan, a Paprocany - w tej swoistej symbiozie - nie mogą istnieć bez cororcznego zjazdu ludzi kochających bluesa. Bez ludzi, dla których wokalista zespołu Dżem był, jest i będzie nie tylko świetnym muzykiem, ale i legendarnym Malowanym Ptakiem - przegraną dla świata, tragiczną postacią, która świeci nad całą ideą festiwalu od jego pierwszej edycji. A tych było już dziesięć, a tegoroczna - jedenasta niesie ze sobą potężny ciężar gatunkowy... 30-lecie Dżemu, 15-lecie Cree, 15. rocznica śmierci Ryśka - mało? Dla Pana Andrzeja Dziuby niestety za mało.

   I tu nie chodzi o to, że jestem na Festiwalu rok rocznie. Nie o to, że jestem fanem Ryśka, Dżemu, czy muzyki bluesowej. Nie o to, że z tamtym miejscem wiąże mnie niewidzialna nitka pierwszych dreszczy koncertowych, pierwszych późnych powrotów do domu, czy spojrzeń wymienionych z dziesiątkami ślicznych dziewczyn spotkanych tam przez lata. Mnie się po prostu nie mieści w głowie, że na Festiwal Tyski będę "musiał" jechać do Katowic, Chorzowa, Mysłowic... nie do Tychów!

   Gdy Rysiek w "Jesionach" śpiewał tak:

To samo miejsce już od lat
Ci sami ludzie obok Ciebie
Twój mały półprywatny świat
Czy tylko Twój, Ty nie wiesz
Nie, nie, nie Ty nie, nie, nie, nie wiesz...
   ...już to - wbrew temu co czytamy w tekście - wiedział. Dzisiaj wiemy to bardziej niż zwykle. I niestety, nasz "mały półprywatny świat" należy przede wszystkim do decyzji urzędników.
19:55, gomulka.m , muzyka
Link Komentarze (6) »
środa, 04 lutego 2009

 

   ...i na co Ci to było?"

   Cóż, Kazimierz Marcinkiewicz - jeden z najpopularniejszych, wzbudzających niewymuszoną sympatię, polityków ostatnich lat - na naszych oczach rozmienia się na drobne. Fakt (nie mylić z brukowcem) to o tyle brutalny, o ile wiązaliśmy z tym politykiem jakieś tam nadzieje. Ja wiązałem (tak, widziałem Go w roli prezydenta), ergo: jestem zawiedziony.

   Jestem zawiedziony nie dlatego, że Kazimierz Marcinkiewicz kocha władzę (co akurat łączy Go ze swoim mocodawcą Jarosławem K.), a po lekturze Jego - co tu dużo mówić - bogatego CV widzę, że nie tylko w klasycznym jej wydaniu. A ja do takich ludzi mam - delikatnie mówiąc - dystans, bo nie ma nic gorszego w polityce od umiłowania władzy. Jestem zawiedziony też nie dlatego, że w Jego życiowym słowniku słowo 'rzekomy' to synonim słowa 'rzeczywisty'. Mam tu na myśli najpierw start w konkursie na prezesa NBP, później wyjazd do UK i dyrektorowanie jednej z największych instytucji finansowych w londyńskim City, wobec - abstrahując od innych argumentów przemawiających na Jego niekorzyść - średnio przeciętnej znajomości języka angielskiego. W końcu nawet nie dlatego, że jest - jak to ostatnio tyradował u Lisa - "człowiekiem zmiany" i odchodzi od kobiety, z którą spędził połowę życia, bo przecież jest tylko człowiekiem. Bo przecież rozłąka może z mózgu zrobić wodę nawet ludziom, którzy rzekomo są katolikami. Nie, nawet nie to, choć... dzięki temu możemy sobie porozprawiać!

   Jestem zawiedziony, bo Kazimierz Marcinkiewicz odkąd pojawił się w mojej świadomości (świadomości obserwatora sceny politycznej), zachwycał naturalną, niewyuczoną klasą. Klasą polityczną, klasą ogólnoludzką. I tej klasy ogólnoludzkiej zaczyna Mu najwyraźniej brakować. Szkoda. Szkoda, bo choć od zawsze był wpisany w nurt politycznej tabloidyzacji (trudno się dziwić, w końcu polityk z takim poparciem społecznym nie mógł nie trafiać na pierwsze strony Fucktu, czy SE), to teraz wszystkie brukowce (nie tylko te papierowe) mają pożywkę. A - wbrew temu o co apeluje - winny jest tylko jeden... On sam.

"Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór. Czapki
wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur, ostał
ci się ino sznur..."

21:18, gomulka.m , polityka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 lutego 2009

   Wpis to reklamująco-recenzujący, wpis to emocjonalno-postdoświadczeniowy, wpis to muzyczno-eventowy! Wpisem tym zaczynam całą serię wpisów o artystach (ale nie tylko), których będzie można doświadczyć w tym roku w pierwszych dniach lipca w Gdyni. Będę pisał o największym polskim festiwalu. Będę pisał o Heineken Opener Festival 2009 ! No ale po kolei...

 

The Roots - Open'er 2007

 

   Open'er to - w polskiej rzeczywistości - festiwal zacny z tego względu, iż za cenę biletu na koncert Madonny (przypominam, że za najtańsze trzeba zapłacić 220zł) można mieć, no właśnie, dużo, dużo, dużo więcej. Nie deprecjonuję wydarzenia, jakim niewątpliwie będzie koncert Królowej POP (serio, sam bym się wybrał, być może tak się stanie), ale - abstrahując od wszystkich innych czynników, które również przemawiają za Babimi Dołami - cholera, 2 godziny, a 3 dni, to różnica, rajt?

    Na razie wiemy o: The Gossip (AKA GOXXIP vel GSSP) - indie-rocku zza Wielkiej Wody, Madness - jeden z najważniejszych zespolów grających ska, i last but not least Placebo, którego nomen omen polecać nie trzeba. Co dalej? Miejmy nadzieję, że organizatorzy i tym razem staną na wysokości zadania, a gwiazdy światowej muzyki zmiażdżą swoimi gigami nasze głowy, serducha, muzyczne dusze!

22:09, gomulka.m , muzyka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 lutego 2009

 

   Dziś słyszałem je kilkukrotnie, i choć cieszyłem się wczoraj, cieszę się dziś, i będę się cieszył jeszcze pewnie długo z tego trzeciego miejsca, to... słowa trenera Bogdana '15 sekund' Wenty powodują, że ta radość nie była, nie jest i nie będzie pełna. O jakie słowa chodzi? Kto czytał moje wypociny sprzed 10 dni wie. Wiem i ja. Tak jak wtedy sądziłem, że polscy szczypiorniści zawiedli nas, tak teraz wiem, że to ja zawiodłem ich. Wielu z nas ich zawiodło. Nie wierzyliśmy. Dlaczego nasza kibicowska wiara jest tak mała?

   Pewnie dlatego, że wiara ta od niepamiętnych czasów wystawiana jest na próby. I to próby o największym ciężarze gatunkowym. Pewnie dlatego, że polskie drużyny w grach zespołowych nie potrafią wyzbyć się pokutującego od lat - głównie wśród działaczy - przekonania, że już samo zakwalifikowanie się do turnieju rangi mistrzowskiej jest sukcesem. A wyjątki, o których kiedyś wspominałem, potwierdzają tylko regułę. Pewnie dlatego, że statystyczny Polak ma świadomość, że jeśli chodzi o infrastrukturę sportową jesteśmy, w stosunku do krajów 'zachodnich' - mówiąc językiem naszych bohaterów - ciemnej dupie. A biorąc pod uwagę wszechobecne cięcia budżetowe, czy słysząc o niemożliwych do sfinalizowania na czas przedsięwzięć związanych z Euro 2012, w niedalekiej przyszłości nie będzie lepiej.

   Cóż, nasyćmy się więc do szpiku kości tym, co stało się w te dni na chorwackich boiskach. A jest czym! Nasyćmy się, bo długo nie będzie okazji do kolejnych tak ekstatycznych zdarzeń. Bo nawet gdyby Adam M., Tomasz S., czy Justyna K. dali nam już niedługo powody do uśmiechu i dumy narodowej, to... Powiedzcie sami, czyż to nie to samo? Bo czy za kilkadziesiąt lat będziemy opowiadali wnukom o odrodzeniu Małysza, czy o tym?

 
Wersja: "Przeżyjmy to jeszcze raz!"
 
 
 
Wersja: "Ałwiderzejn!"

 

Wersja: "Tak to wyglądało w co drugim domu!"

 

   Bez dwóch zdań, moja najlepsza reprezentacja Polski!

   Wspaniali faceci!

   Polska! Polska! Polska!

21:37, gomulka.m , sport
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 stycznia 2009

 

   Do Davos (Szwajcaria) zjechały się łby. I to nie byle jakie łby, bo... ekonomiczne (nie, to nie znaczy, że mało piją). Żeby była jasność, do łbów zaliczają się: prezesi najbogatszych firm świata (warunek konieczny: roczny dochód firmy oscylujący wokół 1 mld $), politycy (głównie z worka z napisem 'egzekutywa'), intelektualiści (czyt. już nobliści, jeszcze nie nobliści, prawie nobliści), wyselekcjonowani dziennikarze (i nie chodzi o tych "zwykłych", którzy też są, bo bez nich byśmy nie wiedzieli, że coś takiego w ogóle ma miejsce). Co łączy wszystkie łby? Podobno ponadprzeciętna wiedzy z zakresu ekonomii. Podobno, bo przecież większość z nich była w tym samym miejscu rok temu, a teraz finansowy świat wygląda tak, jak wygląda. Jaki z tego wniosek?

  Ano taki, że przeciwnicy (jakkolwiek by ich nie nazwać - antyglobalista to to samo co alterglobalista) WEF mają rację. Forum to nie miejsce, gdzie łby rozmyślają nad przyszłością naszej planety. To coroczny zjazd niedemokratycznego, elitarnego, poufnego grona ludzi, mających w tym świecie - realnie rzecz ujmując - najwięcej do powiedzenia. Nie oszukujmy się, konferencje konferencjami, debaty debatami, a i tak wszystkie karty rozdawane są przy zielonym suto zastawionym stole. Ciekaw jestem, jakie nastroje panują podczas tych nieformalnych rozmów obrzydliwie bogatych "panów tego świata"...

   Ale, ale! W Davos jest też premier Tusk, który dziś ma spotkać się z premierem (dżiiiz, jak to dziwnie brzmi!) Putinem. Co więcej, Donald chce porozmawiać z najbardziej wpływowym politykiem naszej części świata jak "równy z równym". Donek zabrał stuff? Żarty (nawet te "z zębem") żartami, ale w tym i chyba tylko w tym doszukiwałbym się podstaw do rozważań na temat - jak to określił premier - "nowoczesnego dialogu". Cóż, prawda jest taka, że rozmowa będzie trwała 5 minut, i znając życie (czyt. wyświechtane sformułowania), będzie: "owocna", "dobrze rokująca na przyszłość", "poprawiająca stosunki polsko-rosyjskie", "zwieńczona sukcesem/połowicznym sukcesem", itepe, itede.

   A jak przyszły były prezydent Mateczki Rosji zechce to i tak zakręci kurek, zablokuje dostawy mięsa, czy Bóg wie co jeszcze...

00:28, gomulka.m , polityka
Link Komentarze (4) »
środa, 28 stycznia 2009

 

 

   Kilka dni temu zginęli moi koledzy. Byli na wycieczce w Tatrach. Świetnie się bawili. Szli właśnie w wesołych nastrojach zdobywać Rysy, kiedy pożarła ich lawina. Niesamowite, że los może być tak okrutny... Człowiek nieustannie ogląda w TV, słyszy w radiu, czyta w internecie o katastrofach, morderstwach, kataklizmach, samobójstwach... nieszczęściu innych, ale z reguły nie wzrusza go to. Dopiero wtedy, kiedy okazuje się, że osoba poszkodowana była kimś bliskim lub znajomym, zaczyna się zastanawiać, analizować. Również swoje postępowanie! A może przede wszystkim swoje? Po raz kolejny okazuje się, że człowiek potrzebuje silnych doznań, wstrząsu, by lepiej coś zrozumieć. Człowieku...Nie czekaj aż wydarzy się następna tragedia, aby zacząć zastanawiać się nad sobą! Ilu jeszcze ludzi musi nas opuścić, abyś pojął, co tak naprawdę ważne jest w Twoim życiu?

~ 2003-01-31

 

   Ilu jeszcze ludzi musi mnie opuścić, żebym pojął, co w moim życiu jest tak naprawdę ważne? Zastanówmy się... W końcu, jeśli nie dziś, to kiedy?

 

 

 

03:15, gomulka.m , inne
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2